niedziela, 06 grudnia 2009
rozmawiać... jak to łatwo powiedzieć...
Tyle czasu już jesteśmy razem, a "rozmowy" ciągle tyle trudności nam sprawiają... On zdecydowanie jest typem działającym, a nie mówiącym. Scenariusz jest zwykle taki sam: On zrobi coś / powie nie tak, jak ja bym chciała, ja - trochę zła, bo przecież powinien już wiedzieć, czego oczekuję, bardziej jednak rozczarowana, że znów jest nie tak... milknę i chodzę obrażona... Dziś było trochę inaczej, stwierdziłam, że musimy porozmawiać! Tak od razu, na gorąco... Tylko jak to kurcze zrobić, skoro na samo słowo "porozmawiajmy" On dostaje wysypki! Rozmawiać możemy o obiedzie, kinie, polityce, czy nawet płytkach do łazienki, ale o uczuciach rozmawiać przecież nie trzeba... I tak oto znów pół dnia chodziłam naburmuszona, tym razem z innej jednak przyczyny, tym razem kombinując, jakby to z Nim "porozmawiać"... jak to zrobić, aby precyzyjnie się wyrazić, ale jednocześnie nie dopuścić do tego, aby On się zamknął w sobie, bo On tak właśnie ma... "rozmowy" odbiera jako moje czepianie się... słucha, ale nie odpowiada, milczy... a ja widzę, jak mur niezrozumienia wokół niego wyrasta... Więc tak oto chodziłam i byłam nieswoja, on już wyczuł, że coś się święci, że coś jest nie tak, i już się starał bardziej, i śniadanie zrobił, i przytulał, i zaczepiał... W końcu czując, że zaraz eksploduję sam zaczął pytać... i rozmawialiśmy... i chyba przełom jakiś nastąpił... może chwilowy, ale jednak... Ech, trudne tematy nie są łatwe Ale jak miło się robi po trudnych rozmowach... :)
niedziela, 08 listopada 2009
po długiej przerwie
dopijam winko a obok drzemie On, już narzeczony od kilku miesięcy. działo się trochę przez ten rok... ślub na wiosnę, a za miesiąc odbieramy klucze od mieszkania... nadrabiam zaległości w czytaniu blogów - kilka z tych, które czytałam kilka lat temu już nie ma, sporo z nich nadal jednak funkcjonuje... nowych nie szukam brakuje mi trochę tego miejsca - może jednak będę od czasu do czasu zaglądać - ot tak, żeby podzielić się wrażeniami, odczuciami, emocjami... sponsorem dzisiejszego odcinka jest... tkliwość patrzę na Niego, drzemiącego na kanapie, z głową na moich kolanach... to wystarczy :)
czwartek, 11 września 2008
no dobra, chyba się pożegnam, może gdzieś kiedyś się pojawię, na razie weny brak, niewiele się dzieje, nie ma o czym pisać... poza tym przed tygodniem padł mój złomek (laptop - dla niewtajemniczonych ;) pisałam pracę zaliczeniową, wyszłam na chwilę do łazienki (żeby maseczkę na twarz nałożyć) a jak wróciłam to już czarny ekran zastałam. Koniec. Nic nie działa. Diagnozy jeszcze nie ma, ale obawiam się, że naprawy mogą nie być już opłacalne... no, nie mam więc narzędzi do pisania (to niezła wymówka, co?) no... to żegnam :)
niedziela, 17 sierpnia 2008
...
Żyję... Od jutra wreszcie będę w pracować na miejscu, czyli w Krakowie, otwarcie tego biura straaaasznie się opóźniło, ale uffff... wreszcie! W pracy, pracy mam co nie miara, wręcz zawalona jestem robotą - jest niedzielny wieczór, a ja się zabierać będę za raportowe zaległości... może kiedyś napiszę coś więcej W Krakowie coraz bardziej się zadomawiam, sympatyczne to miasto W związku jest dobrze, a nawet bardzo dobrze :D Ciągle jeszcze się docieramy, więc bywają zgrzyty i nieporozumienia, ale ogólnie jest miło. Mężczyzna świetnie się spisuje w pracach domowych - to największe zaskoczenie tych ostatnich kilku miesięcy. Wiele jest sytuacji, w których mnie zaskakuje - zwykle na plus, ale czasem potrafi mnie też wkurzyć na maksa... Ale to przecież normalne, nie? Z nowości - kupiliśmy samochód :) Tzn. mężczyzna kupił, ale i tak mówimy o nim "nasz samochód", w ogóle wszystko jest przecież nasze i wspólne ;) Mężczyzna mobilizuje mnie do jeżdżenia, a ja przecież od 5 lat nie siedziałam za kierownicą! Boję się, zupełnie nie ufam sobie, jako kierowcy! Na razie pojezdziłam nieco po parkingu i... szczerze powiedziawszy strasznie mi się spodobało, jednak stwierdziłam, że... szkoda sprzęgła, lepiej na początek wykupię sobie kilka lekcji z instruktorem ;) przypomnę sobie jak się to robi i nabiorę nieco pewności wiedząc, że siedzi obok mnie ktoś, kto ma drugi hamulec. Dopiero wtedy się przesiądę do naszego autka :)
wtorek, 17 czerwca 2008
Wiara w dobrych ludzi odzyskana... częściowo
Plecak się odnalazł. W poniedziałek zapytałam konduktora pociągu, którym zawsze jeżdżę, czy nie znalazł czegoś, a on powiedział, że widział plecak u dyspozytora ruchu. No i się okazało że to mój. Najpierw wielka radość mnie ogarnęła, ale szybko się zorientowałam, że zawartość bagażu została nieco spenetrowana: nie ma perfum, zniknęła ładowarka do telefonu, parasolka i... spodnie! Ech no, dobrze że chociaż resztę oddali, a nie wyrzucili gdzieś w krzaki!
Ale fajnie, jutro nie jadę do biura! Pracuję zdalnie z Krakowa, a konkretniej - mam tu kilka spotkań i kilka telefonów z domu muszę wykonać... Jakoś mi nie idzie ta robota za bardzo. Szef już naciska, że wyników brak, ale kurcze, ja trochę więcej czasu potrzebuję, żeby się rozkręcić... wrr...
sobota, 14 czerwca 2008
W piątek trzynastego...
niektórym pechowo się wiedzie. Nigdy w przesądy takie nie wierzyłam, aż dziś, w piątek 13 czerwca roku pańskiego 2008 i mnie dopadł zły los.
Jak co dzień, przez ostatnie dwa tygodnie, wstałam około 6, jak co dzień - wsiadłam do autobusu o 7:18, a następnie do pociągu o 7:44. Zajęłam miejsce siedzące naprzeciw dwóch młodych mężczyzn prowadzących ożywiony dialog na temat języków programowania, wrzuciłam mały plecak na górną półkę (to nowy element, zwykle podróżuję bez bagażu, ale dziś po pracy miałam jechać do Warszawy, ostatni weekend zajęć itd...). Następnie, również jak co dzień, poczytałam chwilę - tyle że dziś wyjątkowo notatki do egzaminu, a nie książkę, po czym równie standardowo przysnęłam i tak drzemałam sobie przez resztę podróży, co jakiś czas się przebudzając... no i się przebudziłam i były już Katowice, więc poprawiłam rozwichrzone włosy, na ramię zawiesiłam leżącą obok mnie torebkę i opuściłam pociąg, zmierzając ku kolejnym, mniej już przewidywalnym wydarzeniom dnia. Po jakichś 2 godzinach w pracy przypomniałam sobie, że przecież ja miałam dziś ze sobą bagaż!!!!!!!!! Plecak został w pociągu!!!!!!! Telefony do katowickiego i krakowskiego PKP nic nie dały - nikt nic nie znalazł! Kazali dowiadywać się później, dzwoniłam po kilka razy, aż przestali odbierać... Nadal nic. W plecaku były ulubione koszulki, świetna zielona bluzeczka z białe groszki, ulubiony czarny sweterek, bojówkowate rybaczki, stare balerinki, bielizny sztuk kilka (akurat te figi też bardzo lubiałam!) kosmetyczka pełna używanych na codzień kosmetyków, ulubione perfumy(!!!), ładowarka do telefonu, mała składana parasolka, której udało mi się nie zgubić od 5 już lat... a, i jeszcze materiały z zajęć (akurat te, których jeszcze nie zdążyłam przejrzeć!) i index... Obiektywnie rzecz ujmując - nic co stanowiło by dla kogokolwiek jakąkolwiek wartość - wszystko używane, zużyte, znoszone... ale moje! Ulubione moje rzeczy! Strasznie trudno mi się z tym pogodzić, tym bardziej, że kilka lat temu już przez podobną historię przechodziłam. Wtedy było wprawdzie znacznie poważniej, bo ukradziono mi torebkę (jeszcze w Londynie, w klubie, na imprezie) z dokumentami, portfelem, kartami, telefonem... ale i wtedy najbardziej było mi żal tych drobiazgów - ulubionych sprężynkowych kolczyków, które tam były, zielonego portfela, który dostałam jeszcze na osiemnastkę, portreciku narysowanego przez przyjaciółkę, który też był w portfelu oraz znów - kosmetyczki z cieniami, podkładem, pudrem, mascarą... W takich przypadkach, najgorsze jest to uczcie, że ktoś ma twoje rzeczy, może ich sobie używa, a może po prostu je wyrzucił, bo żadnej wartości dla niego nie przedstawiały... miałam wtedy wrażenie, że poważnie naruszona została moja intymność... Nawet teraz to czuję - mimo że straciłam zaledwie kilka łaszków, kilka papierków i trochę kosmetyków, co więcej - straciłam je wyłącznie z własnej głupoty, nieuwagi... jak zwał tak zwał... Smutno mi bardzo! Nic, nauczka na przyszłość. Zresztą cień nadziei jeszcze mam, że może jednak... Jeszcze jutro bedę dzwonić i pytać. Po wszystkich tych wypadkach musiałam oczywiście wrócić jednak po pracy do Krakowa i dopiero jutro do Wawy wyruszę. Tym razem bagażu chyba nie wypuszczę z ręki.
środa, 04 czerwca 2008
Agata Mróz nie żyje... aż się popłakałam. Przykro bardzo :(
*********** A ja już w Krakowe. I mam wrażenie jakbym ciągle śniła - rzeczy dzieją się tak szybko i wszystko takie nowe... Dziś jest pierwszy wieczór który spędzam spokojniej, kiedy mam czas by chwilę pobyć sobie sam na sam ze swoimi myślami. W sobotę była wielka przeprowadzka. Cały weekend minął pod znakiem przenoszenia, rozpakowywania, zakupów wszelakich... ale i impez kulturalnych. Byliśmy na krakowskich Błoniach na niesamowitym pokazie "Władcy Pierścieni" połączonym z koncertem symfonicznym (ponad 300 osób na scenie!). Fantastyczna muzyka z filmu nagrodzona została Oscarem, ale grana na żywo (oraz śpiewana przez chór) synchronicznie z pokazem filmu robi jeszcze większe wrażenie! A w niedzielę wybraliśmy się na "Biesy" do Teatru Stu. Sztuka bardzo długa (4 godziny), ale zdecydowanie jedna z najlepszych jakie dotychczas w życiu widziałam. Świetnie zagrana (no, może poza Anną Cieślak - ta jako jedyna mnie nie przekonała) z piękną muzyką cerkiewną wykonywaną przez ukraiński chór oraz niesamowitą scenografią! Jeśli tylko będziecie mięli okazję - gorąco polecam! No a tak poza tym pierwsze dni w nowej pracy mocno mnie stresują. Już na początku zaskoczono mnie informacją, że jednak inną dywizją się zajmę, niż wcześniej było planowane... Nic to, damy radę - tylko w tej branży znacznie mniej pewnie się czuję... Uczę się na razie systemu, podglądam jak pracują inni... Najgorsze na razie są dojazdy, bo przez czerwiec pracuję poza Krakowem - łącznie 3 godz. dziennie spędzam w pociągu. Dziś środa a ja czuję się wykończona! Ale od lipca będę miała do pracy jakieś 10-15 minut... spacerkiem :) |